Czy intensywne kursy angielskiego naprawdę działają? Cała prawda o nauce języka w miesiąc
- Grzegorz Szczęsny

- 5 cze
- 3 minut(y) czytania
Wyobraź to sobie: budzisz się za miesiąc, parzysz poranną kawę i nagle... bam! Mówisz po angielsku jak rodowity Londyńczyk, zamawiasz herbatkę z idealnym akcentem, a gramatyka sama układa się w głowie. Kuszące, prawda?
Reklamy na instagramie często obiecują nam takie cuda, sprzedając tzw. „crash courses” jako magiczną pigułkę na wszelkie bolączki. Ale zanim rzucisz wszystko, wyłączysz Netflixa i zamkniesz się w pokoju z podręcznikami na 8 godzin dziennie, sprawdźmy, jak to wygląda w zderzeniu z rzeczywistością. I to tą naukową!

Mózg nie lubi obżarstwa (czyli o efekcie odstępu)
Zacznijmy od tego, że nasz mózg jest trochę jak żołądek, nie da się w niego wcisnąć miesięcznego zapasu jedzenia na jednym posiedzeniu i oczekiwać, że wszystko dobrze się przetrawi.
Potwierdzają to mądre głowy ze świata nauki analizujące intensywne kursy angielskiego . Kojarzysz psychologiczny spacing effect (efekt odstępu)? Jeśli nie, polecam Farnam Street kompleksowy przewodnik po efekcie rozłożonej nauki, czyli zjawisku, dzięki któremu uczymy się i zapamiętujemy informacje znacznie skuteczniej, gdy powtarzamy materiał w wielu sesjach rozłożonych w czasie, zamiast próbować opanować wszystko naraz.
Jeśli wciśniesz w siebie cały materiał z angielskiego w dwa tygodnie intensywnego kucia, pewnie zdasz najbliższy test śpiewająco. Ale badacze są bezlitośni, jeśli nie będziesz tych słówek regularnie powtarzać (najlepiej w rozciągniętych odstępach czasu), po kilku miesiącach zostanie z nich tyle, co z Twoich noworocznych postanowień w połowie lutego. Po prostu wyparują.
Error 404: Więcej słówek nie znaleziono
Druga sprawa to przebodźcowanie. W 1988 roku John Sweller fajnie opisał to zjawisko w magazynie Sciencedirect.com, nazywając je Teorią Obciążenia Poznawczego (Cognitive Load Theory).
Chodzi o to, że pamięć robocza ma swoje bardzo konkretne limity. Jeśli zafundujesz sobie 6 godzin angielskiego ciurkiem, gdzieś w okolicach czwartej godziny Twój mózg po prostu wywiesi białą flagę. Słowa zaczną Ci się zlewać, czasy gramatyczne staną się jednym wielkim chaosem, a uwaga spadnie do poziomu zera. Żeby nowa wiedza na stałe zameldowała się w Twojej głowie, mózg potrzebuje czasu na tzw. konsolidację, a to dzieje się głównie wtedy, kiedy... śpisz i odpoczywasz.
To po co w ogóle te intensywne kursy angielskiego?!
No dobrze, to skoro jest tak pod górkę, to dlaczego w ogóle o nich rozmawiamy? Bo te kursy mają jedną, absolutnie genialną supermoc!
Skok na głęboką wodę: Intensywne zanurzenie w języku (immersja) fantastycznie przełamuje blokadę w mówieniu! W 2011 roku Raquel Serrano (badaczka na Uniwersytecie w Barcelonie), opublikowała badanie, w którym porównała tradycyjne kursy z tymi intensywnymi. Okazało się, że „crash courses” dają niesamowitego kopa do płynności (fluency). Kiedy gadasz po angielsku przez kilka godzin dziennie, po prostu nie masz czasu na perfekcjonizm i analizowanie, czy teraz wstawić Present Perfect, czy może jednak Past Simple. Zaczynasz mówić. I o to chodzi!
Zastrzyk dopaminy: Widzisz postępy z dnia na dzień, a to działa jak najlepsze paliwo rakietowe dla motywacji.
Werdykt: Sprint przed maratonem
Podsumujmy: intensywny kurs angielskiego to świetna sprawa, ale musisz do niego podejść z głową. Traktuj go jak porządną rozgrzewkę przed maratonem, a nie sam maraton.
To idealne rozwiązanie, jeśli:
za tydzień masz ważną rozmowę o pracę po angielsku,
lecisz za granicę i musisz nagle "odrdzewić" swój język,
masz totalną blokadę przed mówieniem i potrzebujesz terapii wstrząsowej.
Kurs da Ci potężnego kopa i otworzy drzwi, ale to, czy język zostanie z Tobą na zawsze, zależy od tego, czy po tym miesiącu zrobisz sobie od niego długie wakacje, czy zaczniesz go używać na co dzień. Pamiętaj: małą łyżeczką, ale regularnie!
Zostaw intensywne sprinty na sytuacje awaryjne. Jeśli chcesz uczyć się z głową, regularnie i tak, żeby Twój mózg z radością to przyswajał na zawsze – dołącz do moich mikro grup!



Komentarze